Nowe okulary Harrego


Agnieszka i Zosia stęskniły się za Harrym i postanowiły zaprosić zaprzyjaźnioną trójkę do Polski, oczywiście e-mailem za pośrednictwem Ministerstwa Magii. Miały nadzieję, że internet zadziała, bo sowy w okolicy Poznania okazały się zbyt głupie by zrealizować powierzone zadanie. Pożyczenie sowy z zoo odpadło ze względu na utratę zdolności do latania w ogóle.

Dzieci do zadania przystąpiły profesjonalnie. Z pomocą przyszły Baśnie Polskie i niektóre nowe czasopisma np. Wróżka, Witch, Fantastyka, z których można było się dowiedzieć o walorach magicznych naszego pięknego kraju. Już sam czarodziejski tunel kończący się nieopodal góry Ślęzy z odgałęzienem do Kruszwicy i Wawelu był atrakcją turystyczną dla większości czarownic, czarodziejów, wiedźm i wiedźminów wszelkiej maści z całego świata. Poza tym od kilku lat nie jest wymagana żadna wiza. Rosnące kontakty z zagranicą, możliwość migracji znacznej części ludności miejscowej w kierunku zachodnim w celach zarobkowych przyczynił się do podniesienia znajomości języka angielskiego, co jest dużym ułatwieniem dla gości. Nawet smok wawelski nieźle sobie radzi z językami obcymi. Na samą myśl o niemieckim tak zionął ogniem, że przysmalił cała grupę turystów z zaprzyjaźnionych landów Hanoweru i Berlina. Ogień wydobywał się dwoma otworami, tak że niektórzy mieli wrażenie, że udało się nareszcie rozwiązać problem dywersyfikacji gazu.

-Co robimy? Zapytał Harry. Hermiona siedząca w objęciach z Ronem na parapecie oka nie zdawali się usłyszeć pytania. Głośniejsze powtórzenie pytania lub rzuceniem czaru acusticus mijało się z celem, gdyż położona niewidzialna zapora skutecznie odgradzała parę. Sirius i Dumbledore od dawna są zajęci niekończącą się dyskusją na temat wielości bytów w alternatywnych wszechświatach i nie wykazywali większego zainteresowania dawną rzeczywistością. Decyzję podejmie sam i tylko sam.

- Muszę udać się na rekonesans – pomyślał Harry. Całe szczęście, że minister Slughorn i jego poplecznica Umbridge mieli chwilowo inne zajęcie a polegało ono na przeforsowaniu zamknięcia Hogwartu na cztery spusty. Nie będą przeszkadzać w niebezpiecznej wyprawie. Turystyka ekstremalna zawsze go pociągała. Plan działania to szybkie zapoznanie się mapą Europy (tylko gdzie jest ta Europa i Polska, pomyślał Harry, który jak każdy wyspiarz nie przykładał się zbytnio do geografii), ustalenie połączeń możliwie bez przesiadki i odlot. W tym momencie długotrwała przyjaźń z Hermioną odezwała się głośno w środku jego udręczonej głowie.

–Najpierw trzeba załatwić ubezpieczenie miotły i kufra od kradzieży, druk E-111 w razie nagłego zdarzenia np. kolizji z innym użytkownikiem miotłostrady. A wstrząśnienia mózgu zdarzały się naszemu bohaterowi nazbyt często. Legitymacja szkolna też może się przydać w razie zwiedzania muzeum. – Chyba mają tam jakieś zniżki dla młodzieży uczącej się, pomyślał. Nie zwracając uwagi na splecioną parę w pozycji levitatio za oknem Harry udał się na przystanek autobusowy. Stąd linią specjalną odjechał, czy może odfrunął do najbliższego końca świstoklika nieopodal Stonehendge.

***

-Gdzie jest Harry?- wpadła z zapytaniem Ginny. Nie słysząc odpowiedzi, rzuciła zaklęcie gravitatio, co dało się potwierdzić głuchym uderzeniem o ziemię i głośnymi krzykami pod jej adresem. - Gdzie jest Harry? - powtórzyła Ginny. Ron odpowiedział wybałuszonymi oczyma, a Hermiona szybko poprawiła zmiętą szatę. -Zdaje się, że... - rozejrzała się dookoła – że skoro go tu nie ma, to musiał wyjść.

***

- Ginny co ty tu robisz? - zdziwił się Harry będąc tuż przed wejściem do tunelu świstoklika. - Gdzie, skąd i jak się dowiedziała- myślał dalej. Właściwie mógł się sam domyślić bez zbędnych pytań. Kontakty w Ministerstwie Magii już nie raz były wykorzystywane do prywatnych celów, niezgodnych z konstytucją ukrytego świata. Niewielkie odkształcenie 11 wymiaru powodowało równie niewielkie zakłócenia czasoprzestrzeni, a to pomogło zlokalizować każdą osobę w 100%.

- Lecę z tobą – oświadczyła krótko Ginny spodziewając się odmowy. Tam, gdzie Harry tam jest zawsze niebezpiecznie, leje się krew i można nareszcie poznać samego Dyktatora, którego nazwiska nie można wymieniać ze strachu. Poza tym w dalekim egzotycznym kraju, jakim jest Polska można zdobyć ekologiczne jaja smocze o co prosił Hagrid zdruzgotany stratą pajęczycy Aragoga.

Zaopatrzeni w medaliony identyfikujące, nadawszy bagaż zajęli miejsce w świstokliku w klasie turystycznej. Klasa biznes zarezerwowana dla przedstawicieli rządu i przeważnie dziennikarzy z Proroka Codziennego, nie odpowiadała naszym bohaterom, którzy unikali tych drugich jak ognia.

Już nie raz Harry zastanawiał się nad zjawiskiem czarów, klątw i zaklęć. Z nudów zaczął czytać liczne czasopisma o zabarwieniu naukowym podczas wakacji u Dursleyów. Większość środowiska magów przyjmowała fakt istnienia tych zjawisk jako coś oczywistego. Mugole podejrzewali, co prawda, że coś jeszcze jest poza światem materialnym, którego doświadczali na co dzień, ale dopiero ostatnie postępy w nauce przybliżyły ich nie tyle do odkrycia problemu, co zaledwie do przybliżenia się do zakazanej dla nich strefy. Piąty wymiar okazał się konieczny aby wyjaśnić niektóre wyniki doświadczeń już prawie 100 lat temu, ale nikomu nie udało się wykorzystać w praktyce np. teleportacji, chyba że tylko w skali atomowej. Wielkie odkrycia w fizyce doświadczalnej, możliwość transmutacji zostały odkryte i od razu skrzętnie ukryte już w tzw. średniowieczu przed oczami świata mugoli. Walnie do tego przyczyniła się też szalejąca Inkwizycja uznając owe wyniki za niezgodne z powszechnie przyjętymi dogmatami. Straty w społeczności magicznej były ogromne. Umiejętnie podrzucanie niektórych wcześniej już dokonanych odkryć stawały się od razu kamieniami milowymi postępu ludzkości. Dalsze postępy dotyczące struktury materii w jej różnych aspektach staje się możliwy dzięki ścisłej współpracy uczonych po obu stronach.

Narastające wibracje, hałas, ogromna jakaś siła chcąca rozerwać a potem zaraz ścisnąć wyrwały Harrego z deliberacji. Przelatująca obok stewardesa uspakajającym gestem z wyciągniętą różdżką wprowadziła go ponownie w równowagę fizyczną i psychiczną. Brak odpowiednich nakładów na renowację dróg i tras po wschodniej stronie granicy dał się odczuć każdemu odbywającemu podróż. Koleiny przy braku wprowadzenia poprawki wyrzucały każdego na pobocze, a spotkanie z chmurą burzową, a nie daj boże gradową były wielce niebezpieczne. Nie każdy lądował w całości porażony prądem o wysokim napięciu i dodatkowo oberwawszy lodem wielkości tłuczka lub kafla.

Głośne oklaski pasażerów wreszcie zakończyły lot. Jeszcze tylko odprawa paszportowa (należało właściwie mieć obojętnie jaki dokument) oraz celna i można udać się dalej w kraj na oczekiwany rekonesans. Jezioro Gopło z leżącym nad nim Biskupinem stał się celem pierwszym. Można było skorzystać z propozycji wycieczki po okolicy trasą mysiego króla organizowane przez biuro Twardowski i s-ka, oczywiście za niewielka opłatą 5 galeonów od osoby. Do muzeów przewidziana była 40% zniżka dla młodzieży. Olbrzymi plakat imć Twardowskiego dosiadającego koguta na tle księżyca miał ułatwić decyzję niezdecydowanych. Trasę wycieczki można przemierzyć transportem własnym lub grupowym korzystając ze specjalnie podstawionego magicznego autobusu klasy lux posiadającego klimatyzację z osobnym telewizorem i WC. Miotły można oczywiście zabrać ze sobą, jako że przydadzą się w trakcie zwiedzania indywidualnego po zakończeniu programu obowiązkowego. Ta opcja najwyraźniej spodobała się najpierw Harremu i w chwilę później Ginny. Zajęli miejsce przy oknie, gdyż tylko ta opcja była dostępna (właściwie to każdy mógł zająć dowolne miejsce przy oknie), zapięli obowiązkowe pasy bezpieczeństwa uniemożliwiające ruch w wielu płaszczyznach i chroniące skutecznie przed znikaniem w obu kierunkach. Ruszyli najpierw ociężale, powoli itd. Osiągnęli dwusetkę po 4 sekundach. Sprawność przemiany wody w ciężkie pierwiastki była imponująca. W celu osiągnięcia większego wrażenia wyłączono na chwilę system antyprzeciążeniowy. Pasażerowie rozpłaszczyli się w fotelach, które przybrały teraz kształt kanap narożnikowych i wyglądali przez moment jak rozjechane żaby. Do Harrego dotarło nareszcie jak czują się dwuwymiarowe płaszczaki wyłaniający się o zmierzchu na mokradłach. -Luna byłaby szczęśliwa, gdyby jej gałki oczne nagle przemieściły się do oczodołów i nie musiałaby już cierpieć z powodu chronicznego wytrzeszczu – pomyślał. I to była ostatnia jego myśl, bo dotarli na miejsce w lesie nad jeziorem Gopło w Biskupinie.

Magiczne opary unoszące się nad wodą i przenikające ciała uczestników wycieczki robiły niesamowite wrażenie. Japończyków opanował istny szał utrwalania mgły w swoich aparatach multimedialnych. Błyski i kręgi świetlne otaczały ich grupę ścisłym pierścieniem. „Ponownie wylądowało UFO” – skomentują na drugi dzień mugole, tym bardziej że tajemne kręgi znowu odcisnęły się w zbożu w miejscu postoju autobusu.

Rzucone przez przewodnika zaklęcie Dzwonatio i Oxygenatio pozwoliło na wejście pierwszej grupy w otchłań jeziora. Kopuła w kształcie dzwonu, która nagle pojawiła się chroniła ich przed naporem wody i pływających w niej różnych stworów magicznych przemieszanych z odpadami cywilizacji. Podziwiali pokazowe domostwa wodników oraz tropiące ofiary strzygi. Ale nic nie robi lepszego wrażenia jak pływające trupy w różnym stadium rozkładu. Wycieczkowicze byli zachwyceni. Gdyby tylko wiedzieli, że są to tylko sztuczne ciała poruszane najnowszymi osiągnięciami magii, ale nie wiedzieli.

Kolejny punkt to czarodziejskie zwiedzanie wieży tyrana Piasta Popiela, którego zżarły myszy. Ów tyran był powiązany przez linię germańską ze Slitherinami (Ślizgonami). – A to ci niespodzianka - zagwizdali pod nosem Harry i Ginny. Inne niespodzianki czekały cierpliwie w swojej kolejce. Sama wieża była starannie ukryta przed mugolami, którym pozostawiono inne części grodu do odkrycia, rekonstrukcji i w końcu zwiedzania. Przenikanie przez mury wieży stanowiło część rozrywki znaną Harremu i Ginny z peronu 9 i ¾. Wydawało się, że mury same w sobie nie mogą kryć nic ciekawego. Nic bardziej mylnego.

- O Boże – wrzasnął Harry w myślach. Poczuł to coś, z czym zapoznał się kiedyś na cmentarzu stojąc przed obliczem Valdemorta.

- W celu wzmocnienia spoiny i nadania odpowiednich właściwości budowli wrzucało się skazańców do zaprawy – wyjaśniła z diabolicznym uśmieszkiem przewodniczka. Magiczna wieża wymagała magicznych ofiar.

Wydostali się na kręty korytarz pnący się w górę. Z przeciwległego muru wysypała się inna wcześniej przybyła grupa. - Luna, co za niespodzianka – jednocześnie cała trójka rzuciła się na spotkanie biegnąc w przeciwnych kierunkach. - Tata szuka tu tematu do gazety, musi jakoś podwyższyć nakład i zyskać większą popularność. A wycieczka szlakiem Popielów wydawała się czymś, co poruszy czytelników. Podobno Kopcieszek ma coś wspólnego z linią Popielów. Tata móże, że niejedna dynastia tak zdegenerowała się – wyjaśniła Luna. Nasi bohaterowie ruszyli raźnym krokiem w górę, a czekały na nich rzeczy jeszcze nie widziane i nie odkryte.

- Cześć – powiedziała wyłaniająca się myszka z dziury pod schodami. Rzuciła się na okruszek hamburgera rzucony niedbale przez jedną z turystek. - Cześć, jak się masz – odpowiedziała Luna zupełnie nie zdając sobie sprawy z wydawanych przez siebie pisków. Ginny rozdziawiła usta, a okulary Harrego niebezpiecznie się przechyliły i pomknęły z zawrotną szybkością na spotkanie przeznaczenia. Rysy i ryski, różnego rodzaju przełomy ukazały się w szkłach jego drogocennych binoklach.

- Ty j e s t e ś mysiousta – krzyknęli zdziwieni. Luna spłonęła czerwienią. Do kolejnych dziwactw dołączyła się umiejętność porozumiewania się z gryzoniami. - Właściwie, to powinniśmy się cieszyć - stwierdził po chwili Harry usiłując naprawić okulary za pomocą znanego zaklęcia. Niestety Repero na nic się zdało, ubytki nie chciały się wypełnić. - Populacja myszy i szczurów jest dość liczna i będzie nam donosić o dalszych krokach znienawidzonego wroga, którego imienia niebezpiecznie jest wymieniać w miejscu publicznym. - stwierdził Harry patrząc się na chichotającą się Ginny.

Weszli do komnaty z akcesoriami przymuszającymi do wyznawania prawdy w dawnych czasach, a i obecnie niejeden objawiłby prawdę z własnej nieprzymuszonej woli. Zestaw różdżek w kształcie maczugi z kolcami zdobiły ścianę na wprost. Różdżka-kolec w kształcie grabi, dalej różdżka-wiertarka z wymiennymi końcówkami, łańcuchy, druty kolczaste, prasy, żelazne buty ( te ostatnie, to zapożyczone sprzęty od mugoli) pomagały w wyznaniu interesujących faktów. Największą atrakcją były gabloty z zaschniętymi członkami niewinnie skazanych. Trójka dłoni umiejętnie wyłuskanych w stawach nadgarstkowych, kilka ramion i nóg w całości robiły niezapomniane wrażenie. Rzeczywiście ciężko było się poruszać ofiarom tylko na dwóch pozostałych nogach i używając tylko dwóch rąk.

Okulary Harrego uporczywie odmawiały poddania się jakiejkolwiek naprawie. Astrolabium, lunety średniowieczne (lunety były znane czarnoksiężnikom już w średniowieczu), kule nie zrobiły już na uczestnikach takiego wrażenia jak poprzednia komnata. I wydawało się, że nic już się nie wydarzy. Przeniknęli na zewnątrz i nareszcie mogli nieco odpocząć, pochodzić sobie naokoło, przynieść ulgę pęcherzowi moczowemu. Ściana poniżej recepcji była pokryta licznymi tajemniczymi inskrypcjami, które natychmiast przyciągnęły naszą trójkę. Na środkowej cegle widniał napis „A. Dumbledore 1852”, nieco dalej przekrzywiona deklaracja przechodząca przez serduszko „I love McGonagall”. Poniżej srebrzyły się litery „Lupin, Syriusz Black, Potter forever -1929r”. Czyżby tu była jakaś wskazówka ukazująca jakieś mądrości co do dalszego postępowania? Otóż nie, to tylko pamiątki utrwalone w kamieniu po gościach. Na tej samej wysokości, może trochę powyżej mienił „Tom Riddle, Lucius Malfoy & Severus Snape”. Zgrupowane inskrypcje dobitnie świadczyły o wzajemnych sympatiach. - Ciekawe, czy brali udział w paradzie równości – pomyślał Harry odwykły ostatnio od mówienia, co oczywiście było częścią ćwiczeń rzucania czarów i zaklęć bez używania mowy. W celu zwiększenia efektu grozy i napięcia przed nadchodzącymi wydarzeniami powstał w chwilę później napis wypalony słynną różdżką Harrego – Tu był H. Potter, Ginny Wheasely, L. Lovegood. Oczywiście tuż powyżej Ślizgonów. – Wysłannicy ministerstwa dostaną apopleksji – skonstatował.

W sklepie z pamiątkami dokonali udanych zakupów: smoczego jajo dla Hagrida (ekologiczne), kilka pojemników na duszę (wykonane sprawdzoną tradycyjną techniką), które mogą się przydać do uwięzienia cząstki duszy Valdemorta oraz kilka rękodzieł wykonanych szponami Boruty.

W tym samym czasie z Poznania do Biskupina mknął specjalny samochód z Zosią, Agnieszką i tatą za kierownicą. Po krótkiej, aczkolwiek dokuczliwej wymianie zdań dotyczącej topografii terenu udało im się dotrzeć do celu. Dziewczynki prześcigały się w opisie Harrego: chudy, cienki, wysoki, niski, oczy niebieskie, a może czarne, bądź piwne. Ubrany w dżinsy i w szaty czarodziejów – trudno było ustalić jego znaki szczególne. Spotkanie było wyznaczone o godzinie „G” i na miejscu „P” tuż za wrotami grodu. Tata spojrzał nerwowo na zegarek. Była godzina „G minus 10”. Cała trójka zsynchronizowała czasomierze, Agnieszka i Zosia w swoich telefonach komórkowych, a tata w kalkulatorze. – Musimy być punktualni – potwierdził tata. Szybkim zdecydowanym krokiem ruszyli: Zosia na pointach, Agnieszka wykonywała serię uników, padów i rzutów, tata poruszał się zwiewnie i lekko. Cała scenę obserwował z oddali pan Bogdan, który bezskuteczne nauczał Agnieszkę poprawnej polszczyzny. Z panią Haliną utrzymywano ścisły kontakt telefoniczny na wypadek gdyby zaszła nieoczekiwana reakcja chemiczna niezgodna z przewidywaniami Józi. Ela mogła służyć za słownik angielsko – polski. Mama dzwoniła co 5 minut kontrolując sytuację. Zaplecze było przygotowane do perfekcji. Ruszyli. Nowe okulary taty spisywały się świetnie, powłoka antyodblaskowa pozwalała na dostrzeganie szczegółów niewidocznych dla innych mugoli.

Nad brzegiem jeziora tata złapał zieloną żabę (tata od małego dziecka lubił żaby), którą spoczęła w pojemniku zosiowym. Trzeba wyjaśnić, że Zosia zawsze kurczowo trzyma różnego rodzaju pudełeczka i torebki. - Ten patyczek też może się przydać – powiedziała Zosia i schowała go do plecaka. W tym samym czasie Agnieszka zgubiła plan lekcji oraz diskmana ze słuchawkami.

Po okrążeniu ¾ obwodu osady, bo jak się okazało wybrali nie tą połowę drogi, dotarli przed magiczną bramę. Na nic się zdały wszelkie próby uchylenia drzwi, dzwonek również nie działał. Okrzyk „Sezamie otwórz się” też nie wywołał pożądanego efektu. Znudzona Zosia o godzinie Gminus30 sekund zaczęła bawić się znalezionym patyczkiem. Agnieszka była zrozpaczona, tata zrezygnowany siedział pod murem i coś nerwowo nucił. Niebieski błysk światła przerwał niepowodzenia rodziny.

- Alohomora – powtórzyła Zosia i tym razem silne niebieskie światło opuściło koniec patyczka i przekręciło zamek. – Wiedziałam, – zakrzyknęła Agnieszka - że Zosia ma jakieś odchyły po Rumunach i jest czarownicą, no może nie do końca. Faktycznie, Zosia czytała Witch od niepamiętnych czasów. -Wszystko się zgadza- wnioskowała dalej Agnieszka- tata też lubi pająki, jaszczurki, żaby i wszelkiego rodzaju ropuchy. To musi być dziedziczne.

Silne kopnięcie drzwi przez Agnieszkę ostatecznie rozwiązało problem zamkniętych wrót. Stanęli przed obliczem. Właśnie obywała się konferencja prasowa, zwołana przez redaktorów Proroka Codziennego, Witch i Wróżkę.

Zajęli miejsce w ostatnim miejscu. - Jak się Tobie, Harry podoba w Polsce - padło pierwsze pytanie. - U..aa... iii... -zaczął Harry. Poland is very interestig country, isn't it? - odpowiedziała niezrażona Ginny. - O tak – potwierdził Harry. - Nigdzie nie widziałem niedźwiedzi na ulicach ani innego dzikiego zwierza, a magiczne stwory są pod kontrolą. Zupełnie nie zgadza się to z opiniami panującymi w Anglii o waszym kraju. A polskie czarownice są czarujące – kontynuował Harry. Ostatnie stwierdzenie wyraźnie nie spodobało się jego koleżance. Potem pytania koncentrowały się na bezrobociu, poziomie produkcji buraków cukrowych, mleka, dopłatach bezpośrednich dla rolników, budowie autostrad, składzie posiłków i ekspansji supermarketów. Jeszcze kilka pytań dotyczących terroryzmu oraz trąb powietrznych i można było już dostarczyć wiele cennych wskazówek do agend rządowych specjalizujących się w strategii rozwoju.

- Chciałbym zaprezentować dwójkę moich przyjaciół, którym zawdzięczam wizytę – oświadczył ku zaskoczeniu wszystkich Harry. Jak zawsze okazało się, że inicjatywa prywatna ma w Polsce przyszłość, nikt z czynników oficjalnych nie pomyślał lub nie chciał pomyśleć o zaproszeniu sławnego zbawcy świata. Agnes i Sophie zostały wywołane z tłumu i przymuszone do wyjścia na plan pierwszy. Dziennikarze na nowo puścili w ruch urządzenia samorejestrujące i samopiszące.

-What’s your name? – padło pierwsze pytanie pod adresem Zofii. – Cooo, eeeee?- odpowiedziała inteligentnie tak samo jak na wycieczce we Włoszech. Tłumaczka uśmiechała się nieszczerze, a Agnieszka czyniła nadludzkie wysiłki by uratować sytuację. - (CO ZA KŁAMSTWA) !!!!!! - zdenerwowała się Zosia i pobiegła do plecaka, który leżał na ławce w drugim rzędzie . Odnalazła słownik i odpowiedziała – My name is Zosia - Znieniecka usłyszał się cichy dzwoneczek. Była to komórka Zosiowa, która nabrała nowe właściwości. - Dostałam wyjca !!! –Cieszyła się Zosia . - GDZIE WY DO DIABLA JESTESCIE ???!!!!!! W DOMU NIEMA, W SZKOLE TEŻ ! MARSZ DO DOMU! - Przerwała rozzłoszczona mama.

W ten sposób konferencja prasowa przybrała nieoczekiwany obrót. Każdy z obecnych przypomniał sobie z rozrzewnieniem wyjce otrzymane od rodziców, a które niejednemu by się przydały zwłaszcza tym z ugrupowań rządzących.

W tym samym czasie tata utrwalał każdą chwilę wydarzeń przy pomocy nowo nabytego aparatu i kamery cyfrowej. Zoom na poszczególne postaci, oddalenie i ponowny najazd pod różnymi kątami z różnych kierunków. - Widzę, że okulary Harrego wyglądają zupełnie jak moje po wywrotce z roweru na drodze w Morasku – powiedział cicho tata. Agnieszka mimo zbliżenia na odległość 10 cm od rzeczonych okularów nic nie zauważyła, zupełnie tak samo, gdy ma coś znaleźć w domu.

- Co Harry zamierza zrobić ze swoimi okularami – padło pytanie z tłumu, czyli od taty.

- Ufff – westchnął Harry – od pierwszego tomu powieści mam ciągle z nimi kłopoty, które doraźnie rozwiązywała Hermiona. Jednak tym razem zaklęcie nie działa. Myślę, że uszkodzenia magiczne są trudniejsze do naprawy.

- Ah, z tym nie ma w Polsce żadnego problemu – wtrąciła się Agnieszka – u nas jest dużo zakładów okultystycznych, gdzie można nabyć stosowne szkła i soczewki kontaktowe. Niektórzy nawet zaczęli przewidywać przyszłość po nabyciu owych okularków. Nawet sama chcę się zapisać do jakiejś partii i mieć jakieś widzenie. - zakończyła wywód.

Nadzieja wstąpiła w Harrego. Nowe okulary, a może chromatyczne szkła kontaktowe to jest to. Można zmienić się nie do poznania mając inną fryzurę, inne oczy i nie trzeba myśleć bez przerwy o podtrzymywaniu innego imagu przy pomocy zaklęć, co jest bardzo absorbujące i zużywające dużo energii. Decyzja padła - po programie obowiązkowym odlot do Poznania.

***

Wyboista droga z nadzieją na dopłatę ze środków unijnych prowadziła Forda Focusa do Poznania. Nieco wyżej poza zasięgiem radarów lecieli Harry i Ginny na miotłach, zresztą co chwilę gubili kierunki z powodu zakłóceń w eterze. Do tego dochodzili paralotniarze niedaleko Murowanej Gośliny i myśliwce F-16 ćwiczące różne akrobacje. W najgorszym przypadku można być potraktowanym jako tarcza strzelnicza i od razu przenieść się o kilka szczebli wyżej w hierarchii niebiańskiego wietrznego spokoju.

W końcu udało się przedrzeć naszym bohaterom i spotkać się w umówionym punkcie niedaleko Katedry. Nawet miotły nie wzbudzały tutaj żadnej niepożądanej sensacji; zawsze można było się wytłumaczyć, że jest się wolontariuszem albo harcerzem spełniającym swoją obywatelską powinność i posprzątać święty chodnik. Dodatkowo założony moherowy beret wspaniale maskował twarze, które przybrały wygląd zidiociałych starszych pań oddanych bezgranicznie sprawie.

Atmosfera wnętrza Katedry przywróciła naszej piątce tak pożądaną równowagę psychiczną. Podziemia, kaplice naokoło przybliżyły cudzoziemcom historię w stopniu wystarczającym, aby uznać Polskę za kraj w pełni ucywilizowany. Wydostawszy się na zewnątrz udali się na miasto kierując się do jego centrum na skróty przez Chwaliszewo i Garbary stanowiące wizytówkę miasta pretendującego do wzoru dbałości i czystości.

- Chyba znajduje się tu dzielnica czarodziejów – pomyślał Harry widząc tu i ówdzie przebiegające w poprzek chodnika szczury przypominające w każdym szczególe Parszywka. Doszli do obdrapanej, nieco przybrudzonej ściany kamienicy tuż przy parkingu przy ulicy Mostowej. Kilka ruchów różdżką i otworzyło wejście w murze prowadzące w dół do pracowni okultystycznej, szarej strefy gospodarki i specjalnych usług magicznych zarazem. Agnieszka nacisnęła na dzwonek wzorem z XIX wielu umieszczony na drzwiach. Zamiast brzydkiego pokrytego krostami odźwiernego zobaczyli piękną uśmiechniętą dziewczynę, która zachęcającym gestem zaprosiła gości do środka.

- Zawsze myślałem, że wszystkie posady i funkcje w świecie magicznym są obsadzane przez osoby delikatnie mówiąc ułomne, albo upośledzone fizycznie i psychicznie. A tu niespodzianka – stwierdził i zdziwił się tata. Widocznie osiągnięcia medycyny dotyczą zarówno mugoli i czarodziejów w równej mierze.

- Dorabiam sobie do kiepskiego stypendium. Sami wiecie jak jest teraz trudno w Polsce. W małym miastach nadal jest ciężko dostać pracę, a renta rodziców ledwie starcza im do pierwszego – odpowiedziała recepcjonistka wprowadzając dane osobowe Harrego do kartoteki. - Czy mogę poprosić o autograf? - poprosiło dziewczę.

- Oczywiście – Harry rzucił się naprzód i zamaszytym ruchem gęsiego pióra postawił odpowiedni znak.

W oczekiwaniu na swoją kolejkę oglądali transmisję miejscowego meczu (quidicza) kłidicza na programie 1,5. W tym samym czasie Lech remisował z Wisłą w programie 1.

Przymierzanie nowych okularów polegało na patrzeniu w kryształową kulę i odczytywaniu magicznych znaków od A do Z, które bez przerwy znikały lub pojawiały się w różnych miejscach pojedynczo lub grupami. Wreszcie nowe binokle były gotowe a szkła kontaktowe dodano za połowę ceny, co i tak było znacznie mniejszą sumą niż podobny wydatek w Wielkiej Brytanii. Tak wyposażeni mogli się udać dalej zanurzając się tętniący życiem flegmatyka Poznań. Teraz przynajmniej Harry mógł odróżnić ciężarówkę od kamienicy, aczkolwiek ciężarówka miała tę właściwość, że się poruszała. Po przekroczeniu Garbar zauważyli za rogiem kamienicy dziwny ruch, drganie powietrza, które mugole pewnie przypisywali zawirowaniom powietrza.

Przez następną godzinę nasz bohater był zamęczany serią pytań, większość daleko odbiegająca od magicznych doświadczeń Harrego. Jego towarzysze podróży również w niemałym stopniu byli poddani słownej i psychicznej torturze.

Dalej wydarzenia potoczyły się niczym akcja w niemym kinie tzn. w tempie przyspieszonym. Krótka wizyta w szkole baletowej u Zosi. Tutaj mała dygresja. Peleryna-niewidka spełniła doskonale swoją rolę. Wszyscy doskonale rozumieją położenie chłopca w wieku 15 lat w szkole baletowej wśród dziewcząt niecałkiem ubranych. Całość przemknęła przez izbę przyjęć szpitala dziecięcego znajdującego się kilka ulic dalej. Oczywiście cudowne zagojenie kilku ran głowy przy użyciu niezbędnego, w takich przypadkach, beretu moherowego na pewno pozostawi niezatarte wrażenie na towarzyszących starszych członkach rodziny.

Wydostanie się z Poznania w godzinach południowych, to następny cud jaki mógł się przytrafić naszym gościom. Ale tata nie byłby lekarzem, gdyby nie miał odpowiednich znajomości. Wpadli na krótką wizyta do Alibaby. Tam skonsumowali obiadek, zapoznali się z dżinem zamieszkującym opakowanie z herbatę ekspresową. Oczywiście pożegnali się przyjaciółmi życząc sobie licznych wzajemnych niekończących się wizyt. A dywan latający kierowany pilotem umożliwił Harremu i Ginny na spokojne dotarcie do Kruszwicy i odlot nowoczesnym świtoklikiem do deszczowej Anglii.